Lipiec minął pod znakiem obozu bardzo mocno. Zupełnie inaczej niż się spodziewałam. No i bez końca świata. Szalone nieporozumienie. Za to wylądowałam w Kąkolewnicy i chyba wykorzystałam limit przypałów i robienia głupich rzeczy, na te wakacje, w jeden wieczór. I chociaż plany dobre jeszcze są, to mam wrażenie, że już nic tak dziwnego nie uda mi się zrobić, nawet jeżeli objadę całą Polskę na stopa.
Trochę nie ogarniam w życie i żałuję tego, czego nie zrobiłam, ale chyba nie potrafię wystarczająco ryzykować. Mam nadzieję, że uda mi się, nawet jeżeli teraz nie wyszło. Chociaż czy jest sens walczyć w przegranych sprawach? Zaryzykuję?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz